z net@ wzięte

I ty możesz zostać Hitlerem

Daleko mi do Janusza Korwin-Mikkego*, daleko mi też do Anny Dymnej. Gdybym jednak startowała w wyborach miss, nie marzyłabym o pokoju na świecie, a o tym, żeby wszyscy byli zdrowi i mieli równe szanse. Nic nie wskazuje na to, że będzie mi dane walczyć o koronę, nic też nie wskazuje na to, że moje marzenie się spełni. Niepełnosprawni są i byli. O ile kiedyś imponowali mi tym, że żyją, walczą, i nie dają się przeciwnościom losu, o tyle dziś, poza podziwem, jest też spory dystans.

Ale po kolei. Mnie zwala z nóg PMS, podcina skrzydła i powoduje, że choćby mi ktoś podarował dobrze uzupełniony kupon Lotto, ja bym się do kiosku nie ruszyła. I nie tylko dlatego, że z żalu, niewiadomego pochodzenia, co najmniej trzy razy bym podarła ten kupon, ale dlatego, że mam takie dni, że tylko mogę leżeć, płakać i jeść, suto zakrapianą winem, czekoladę.

Jestem więc pełna podziwu dla osób, które mimo tego, że jeżdżą na wózku inwalidzkim, są chore, upośledzone czy niewidome, potrafią czerpać z życia garściami. Studiować, malować, pisać, śpiewać, robić te wszystkie rzeczy, których ja nie umiem, albo których mi się nie chcę, nawet gdy PMS dawno minął. Uważam, że tylko zwyrodnialec może uznać osoby nie w pełni sprawne za gorsze czy niepotrzebne.

Uważam też, że osoby niepełnosprawne mogą wykorzystywać fakt swojej niepełnosprawności w załatwieniu czegoś: wcześniejszego egzaminu na studiach, zakupów bez kolejki, lepszej oceny w szkole. Tak jak ładni ludzie sięgają po swoją atrakcyjność, tak niepełnosprawni mogą sięgać po to, co im przeszkadza na co dzień, by mieć nieco łatwiej w swojej, i tak cholernie trudnej, sytuacji.

Co zatem mnie wkurza? Jedna rzecz. O ile mam prawo nie zaprzyjaźniać się z kimś, bo ma krzywego ryja czy śmierdzi mu z pyska, słowem – nie ma między nami chemii, o tyle brak chęci zaprzyjaźnienia się z osobą niepełnosprawną, odczytywany bywa jako nietolerancja.

Poznałam w swoim życiu dwie niepełnosprawne dziewczyny i jednego faceta. Zacznijmy od kobiet. Pierwsza z nich była moją rówieśniczką, z którą czasem rozmawiałam, a raz nawet zaprosiłam na imprezę, tylko dlatego, że chciałam ją polubić, bo czułam, że wypada. Nie polubiłam, ale nie dlatego, że nie była sprawna, a dlatego, że nie była zupełnie w moim typie. I choć na studiach zaprzyjaźniłam się tylko z kilkoma osobami, niekomfortowo czułam się z tym, że akurat nie była to ona. A ten dyskomfort powodowali zarówno jej bliscy, jak i moje poczucie, że powinnam ją lubić, bo ma ciężko.

Druga sytuacja to przypadkowe poznanie się z kobietą, która poruszała się na wózku i której dałam palec, a ta próbowała wyrwać mi dwie ręce i do tego nogi w bonusie. Nieustanne telefony, prośby o wyniesienie śmieci, pozamiatanie rozbitego szkła, kupno banana, umycie włosów, a to wszystko w ciągu dwóch dni naszej znajomości. I znów pojawiła się ta uporczywa myśl, że ona jest niepełnosprawna, więc nie mogę jej odmówić. Gdy dorzucić do tego opowiadane przez nią smutne historie o ludziach, którzy się od niej odwrócili, to mamy gotowy przepis na olbrzymie poczucie winy.

Na koniec facet i krótka, ale miła znajomość. Taka zwykła i normalna do tego stopnia, że zapominałam zupełnie, że on jeździ na wózku. Pewnie nie raz coś palnęłam, ale nawet nie dał mi tego odczuć, bo to, że tak, a nie inaczej się poruszał, nie stanowiło o tym, kim był. To była konieczność, a nie coś, co go definiowało.

Dwie osoby niepełnosprawne, grające na poczuciu winy i próbujące wzbudzić litość i trzecia, zupełnie normalna, uświadomiły mi, że tolerancja zaczyna się nie wraz z wybuchem miłości do wszystkiego co inne, a w momencie, gdy uzmysłowimy sobie, że wszyscy ludzie, bez względu na to jak wyglądają, i z jakim problemem się zmagają, są zarówno mili mądrzy, fajni, jak i głupi, tępi i irytujący. Nie dopuszczajmy do głosu poczucia winy, i pozwólmy sobie na autentyczne relacje. Te zbudowane na litości, takie nie są. Nie musimy kochać wszystkich niepełnosprawnych, tylko dlatego, że los nie był dla nich łaskawy.

Póki co, miewam często wrażenie, że jeżeli nie ekscytujesz się tym, że ktoś, kto nie ma rąk, popierdala pędzlem po płótnie lepiej niż ty, choć on używa do tego nóg, jesteś rasistą, obdarzonym wrażliwością Korwin-Mikkego. Gdy zawzięty malarz straci nogi, i chwyci pędzel w usta, a ty niefortunnie skomentujesz to słowami jak nie kijem, to pałką, jesteś Hitlerem.

Czy o to chodzi samym zainteresowanym? Wątpie. Wierzę bowiem, że zdecydowana większość chce być oceniana uczciwie, a nie przez pryzmat swoich niepełnosprawności. Częste przejawy faktycznej nietolerancji, i nasza poprawność polityczna doprowadziły jednak do tego, że trochę się te relacje spierdoliły. 

*Inspiracją do napisania tekstu były wypowiedzi o osobach niepełnosprawnych, autorstwa Janusza Korwin-Mikkego, z którymi zupełnie się nie zgadzam.


Podobało Ci się? Podaj dalej


Dołącz do mnie

Jeśli jeszcze mnie nie lubisz i nie obserwujesz, zrób to teraz. Każdy like to dla mnie wielka radocha:-)